25.07.2013

TRANSSYBERIA 2013 CZYLI WYPRAWA ASI I MICHAŁA

25.07.2013
 

Przedstawiamy relację z wyprawy Asi i Michała Gintrów, którzy wraz z dziećmi po 63 dniach od startu we Władywostoku (a właściwie z Melbourne w Australii) i po przejechaniu 22.600 km dojechali do Sopotu, celu ich podróży!
 

Pomysł i marzenie o dojechaniu do Władywostoku zrodziło się wiele lat temu, jeszcze za czasów gdy mieszkałem w Polsce. Równocześnie pojawiały się obawy „jak to tam jest”, na tym dzikim wschodzie... Przez ostatnie 1,5 roku pracowałem w dziale eksportowym pewnej australijskiej firmy i w ramach tej pracy podróżowałem służbowo po wielu krajach, przez które wytyczyliśmy trasę naszej podróży. Dzięki tym „delegacjom” spotkałem wiele przyjaźnie nastawionych ludzi i ostatecznie obaliłem mit o „dzikości” tej częsci świata. Sytuacja zawodowa wraz ze zbliżającym się terminem rozpoczęcia szkoły (zerówki) przez naszego syna, Tymona, dodatkowo ułatwiły podjęcie decyzji. 2013 rok był ostatnim rokiem w którym mogliśmy sobie pozwolić na takie „szaleństwo”.
 

Rozpoczęły się przygotowania. Zostały wyznaczone miasta/kraje w których mieliśmy znajomych i którym obiecaliśmy odwiedziny. Po szczegółowym przestudiowaniu mapy pojawiło się pragnienie dopisania Magadanu do trasy albo wręcz wyznaczenia jako punkt startowy. Niestety z powodów celno/logistycznych rozpoczęcie podróży w Magadanie okazało się zbyt kosztownym i czasochłonnym wariantem. Dodatkowo przy kompletnej nieznajomości realiów drogowych (a legend o Syberyjskich bagnach krązy wiele) jeżdżenie po Jakucji w marcu z całą rodziną uznałem za zbyt śmiałe posunięcie jak na pierwszą wyprawę na daleki wschód.
 

Samochód został zapakowany w 20 stopowy kontener i wyruszył w swój 30 dniowy rejs z Melbourne przez Japonię i Koreę do Władywostoku. My miesiąc później stawiliśmy się na lotnisku by usłyszeć od pani w okienku, że nas nie wpuści na pokład ponieważ nie mamy wizy chińskiej. Długa kłótnia, że wiza w tranzycie nie jest wymagana nie rozwiązała problemu tak jak i oficjalne pismo z konsulatu które zdobyliśmy kolejnego dnia. Skończyło się na ekspresowej wizie dla wszystkich członków rodziny i 6. dniowym opóżnieniu na starcie (a 30 dniowa ważność rosyjskiej wizy skracała się z każdym dniem).
 

30 marca wylądowaliśmy (w końcu!) we Władywostoku. Odprawa celna samochodu zajęła 2 dni co na lokalne warunki było dobrym wynikiem. Mając świadomość „straconych” 6 dni i stęsknieni za jazdą naszym samochodem wystrzeliliśmy jak z procy by „nabijać” kilometry. Po drodze zatrzymaliśmy się na moscie przez rzekę Ussuri – symbol dalekowschodniej tułaczki Janka z Czterech Pancernych gdzie on ustrzelił słynnego Ussyryjskiego Tygrysa. Ledwie wyjechaliśmy z „Władka” a na jednym z objazdów remontowanej drogi „dostaliśmy strzała” z kamyczka, który spowodował poważny odprysk w przedniej szybie. W kolejnym wielkim mieście, Chabarowsku, dokonaliśmy naprawy zanim szyba zdążyła pęknąć.
 

Dni mijały, kilometry nawijały się na licznik. Po drodze spotykaliśmy wiele ciekawych rzeczy i przyjaznych ludzi. Pogoda była „rześka”, delikatnie mówiąc. Nocą od -15 do +8 w dzień. Głównie słonecznie ale bywały momenty gdzie padał śnieg. Dojechaliśmy do Irkucka, gdzie znajomi zabrali nas na wyspę Olchon na Bajkale. Temperatura powietrza whała się pomiędzy +5 do +10 ale na jeziorze grubość lodu była nadal w okolicach 1,5 m! Więc pierwszy raz w życiu miałem okazję (nie ukrywam że początkowo z niezłym strachem) jeździć samochodem po lodzie. To było przeżycie!
 

Z Irkucka musieliśmy się cofnąć nieco, by dojechać do granicy z Mongolią (Kiachta). Od granicy do Ułan Bator wiedzie całkiem rozsądna asfaltówka (choć miejscami sfatygowana). I nawet do Charchorin (byłej, średniowiecznej stolicy) udało nam się asfaltem dojechać, choć tu nawierzchnia była nieco bardziej wymęczona. No i dopiero czwartego dnia poznaliśmy co znaczy „W Mongolii nie ma dróg” które to zdanie wtłaczali nam do głów napotkani wcześniej Rosjanie. A my nie potrafiliśmy sobie wyobrazić jak to może nie być dróg skoro są samochody i mapy również pokazują jakieś ścieżki (nie wykluczając Google Mapy).
 

Wygląda to tak: asfalt (w różnym stopniu degradacji) prowadzi na koniec miasta a tam nagle się kończy i zamienia w kilka (kilkanaście) „ścieżek” – czyli par śladów. Żadnych znaków (jest ich tyle, że liczba oscyluje na poziomie błędu statystycznego i stąd użycie słowa „żadnych” jest jak najbardziej na miejscu). To że na azymut trzeba jechać taki, nie oznacza, że ścieżka, która akurat się z tym azymutem pokrywa, rzeczywiście nas tam dowiezie. Bo przecież są góry, rzeki i jeziora przez które przejechać się nie da. Między miastami „drogi” rozbiegają się do kilkunastu/kilkudziesięciu równoległych „pasów” (bo każdy kierowca poszukuje lepszej, mniej podziurawionej opcji dotarcia do następnej miejscowości. No i chulaj dusza – pełna swoboda. Jadąc po takiej „autostradzie” trzeba zachować czujność na którym „pasie” się jedzie, bo można bardzo łatwo przegapić „zjazd” lub skrzyżowanie z inną drogą, gdzie powinno się było zjechać.
 

Na Pustyni Gobi w okolicy Śpiewających Wydm złapała nas burza piaskowa i byliśmy zmuszeni przeczekać ją w gerze. Na zewnątrz szalał wiatr i było poniżej zera a we wnętrzu przy rozpalonej kozie my siedzieliśmy w krótkich rękawkach. Było to ciekawe doświadczenie, włączając kąpiel dla całej rodziny w wanience napełnionej jednym wiadrem wody.
 

Następnego ranka, zgodnie z przepowiednią autochtonów, nie było wiatru więc ruszyliśmy na północny zachód by dotrzeć do głównej szosy kraju, łączącej wschód z zachodem. Po dniu jazdy okazało się, że szlak istnieje ale nie jest to żadna autostrada lecz zwykła dwupasmówka, która tylko miejscami pokryta jest asfaltem a większość to świetnie nam znane szutrówki z elementami przejazdów przez wyschnięte rzeki i jeziora. Raz na godzinę spotykaliśmy jakiś inny pojazd (w tym dużo motocykli, które są tu bardzo popularne) co dawało nam pewne potwierdzenie, że jesteśmy na właściwej drodze.
 

Piątego dnia podróży przez Mongolię spostrzegliśmy, że nasz tylny most zaczął ponownie pękać w okolicy spawów. W miejscowości Altai, na zachodzie kraju, znaleźliśmy lokalnego „cudotwórcę-złotą rączkę”, który za równowartość 6 dolarów pospawał pęknięcia. Naprawa dodała Asi tyle entuzjazmu, że zaczęła gnać nasz samochód po stepach Mongolii z taką prędkośćią, że skutek mógł być tylko jeden – na wieczór, po przejechaniu kolejnych 450 km, pęknięcia pojawiły się obok porannych spawów.
 

Skontaktowaliśmy się ze znajomymi Rosjanami mieszkającymi w Barnauł, żeby organizowali nam dobrego spawacza, bo „za dwa dni lądujemy”. Nasze zadanie polegało teraz na tym by „dokulać” się do Rosyjskiej granicy i wytrzymać 500 km tamtejszego asfaltu. No i udało się! Nieco ponad tydzień w Mongolii wystarczył by po przekroczeniu granicy z Rosją czuć się jak „na zachodzie”. Był asfalt (bez dziur), na nim namalowane pasy, słupki na poboczu, znaki drogowe, śmietniki na parkingach i wychodki (nadal „kucajki” – co jest standardem w tej części swiata) ale ze znakimi mówiacymi która połówka jest męska, a która żeńska.
 

Po naprawie mostu (drugiej) wyruszyliśmy na południe, na granicę z Kazachstanem. Musieliśmy gnać bo Asi i dzieciom, wizy Rosyjskie kończyły się o północy. Na granicy byliśmy o 21. z minutami. Przez Siemiej (dawniej Semiopalatyńsk – największy atomowy poligon na świecie), Astanę (stolicę kraju) jechaliśmy na Ałmaty (dawniej Ałma Ata). Tutaj mieliśmy zaplanowany dziesięciodniowy postój by zdobyć Uzbeckie wizy i wymienić pochwę mostu, którą zamówiliśmy będąc jeszcze w Australii.
 

Dalej trasa nasza prowadziła do Biszkeku – stolicy Kirgistanu gdzie mieliśmy okazję oglądać obchody Dnia Zwycięstwa - 9. Maja. Ze znajomymi pojechaliśmy na kilka dni w okolice jeziora Isykkuł, gdzie wjechaliśmy na przełęcz Sujek. Był to najwyżej położony punkt naszej podróży – 4028 metrów. Poteżne góry Tianszen. Dalej trasa poprowadziła nas na południe kraju, w kierunku miejscowości Osz, gdzie przekroczyliśmy granicę do Uzbekistanu.
 

Przez Namangan dotarliśmy do Samarkandu (to tutaj Aleksander Wielki zachwycił się urodą lokalnej dziewczyny imieniem Roksana i wziął ją za żonę). Samarkand jak i kolejny punkt naszego programu – Buchara, są położone na Jedwabnym Szlaku i przez wieki były symbolem bogactwa i świetności co odzwierciedlają liczne budowle w orientalnym stylu. W Bucharze udało nam się zdobyć 100 litrów ON w „TIR parku” co było znaczącym sukcesem w obliczu ogólnokrajowego „kryzysu paliwowego”.
 

Na północny zachód od Buchary zaczyna się droga która łączy kraj z „zachodem”. Jest to mieszanka starego zdewastowanego asfaltu z nowiuśką autostradą betonową (budowaną przez Niemców, a ci przecież wiedzą jak to się robi) przeplataną odcinkami szutrowymi. Na drugim końcu pustyni czekała na nas kolejna porcja atrakcji historyczno-architektonicznych – misto Chiwa. Kolejna a zarazem ostatnia duża miejscowośc przed granicą z Kazachstanem to Nukus. To tutaj odchodzi droga do Uzbeckiego (byłego już) portu na Morzu Aralskim – miasta Morjak. My dojechaliśmy tam z odwrodnej strony – „od morza”, po dnie. Kolejnego dnia udaliśmy się w poszukiwaniu drogi do miejsca w którym można zjechać do wody. Jest to 160 km od Morjaka i lustro morza znajduje się obecnie na wysokości 25 metrów n.p.m. w porównaniu z 52 metrami  80 lat temu.
 

Z Uzbekistanu wjechaliśmy ponownie do Kazachstanu i w położonej u brzegu Morza Kaspijskiego miejscowości Atyrał osiągnęliśmy najniżej położony punkt naszej podróży: -28 metrów n.p.m. Tam też przekroczyliśmy rzekę Ural, która jest granicą Europy i Azji w tej częsci świata. Tuż przed granicą z Federacją Rosyjską, zatrzymaliśmy się w miejscowości Orel (dawniej Uralsk) na kilkudniowy odpoczynek by zdobyć wizy tranzytowe przez Rosję.
 

Po otrzymaniu wiz wyruszyliśmy w kierunku Moskwy jadąc przez Samarę i Uljanowsk, gdzie stnęliśmy przez zakładami UAZa by strzelić pamiątkową fotografię. W Riazaniu czekali na nas znajomi z Moskwy, którzy zaoferowali pomoc w odnalezieniu wioski Sielce nad brzegiem Oki – miejsca gdzie formowała się Dywizja Pancerna im. Bohaterów Westerplatte – przedstawiona w „Czetrech Pancernych” (Szarik wyciąga szmatę z rury wydechowej a Grigorij wbija gwóźdź czołgiem o numerze 102). Znaleźliśmy pomnik i byłe budynki dowództwa.
 

Na przedmieściach Moskwy w Cziernogałowce spotkaliśmy się z „duchem opiekunem” naszej podróży – Saszą Trusznikowem, podróżnikiem, off-roadowcem i w ogóle żywą legendą Rosyjskiego off-roadu. Sasza czuwał dzień w dzień nad postępami w drodze, podsyłał różne dobre rady i kontakty do ludzi którzy nam pomagali ze znalezieniem noclegów, warsztatów i wspierali w rozwiązywaniu wszelkich problemów. W tym miejscu wspomnę jeszcze o forum LandCruiser.ru, którego członkowie od Ałmaty aż po Lwów serdecznie nas witali i nie raz organizowali noclegi i zwiedzanie swych rodzinnych miast. Polecam ten portal wszystkim tym, którzy planują podróż do krajów rosyjskojęzycznych, nie tylko właścicielom samochodów Toyota, bo forum to skupia pasjonatów off-roadu z praktycznie całego rosyjskojęzycznego świata od Białorusi i Ukrainy po Kazachstan i daleki wschód Rosji.
 

W Moskwie w programie naszej wycieczki była klasyka – zdjęcia Kremla, Czerwonego Placu a potem już ruszyliśmy na południe w kierunku Kurska gdzie na przedmieściach odwiedziliśmy miejsce upamiętniające największą pancerną bitwię w historii. Pierwszym dużym miastem na Ukrainie był Charków i przez kilka dni dojechaliśmy przez Kijów do Lwowa. Do Polski wjechaliśmy przez przejscie graniczne Medyka skąd skierowaliśmy się na Włościejewki – miejsce zlotu właścicieli pojazdów Land Cruiser. Kilka dni później, po 63 dniach od startu we Władywostoku i po przejechaniu 22.600 km dojechaliśmy do Sopotu, celu naszej podróży.
 

Nie spotkaliśmy sie z ani jedną sytuacją agresji ze strony ludności lokalnej. Niewątpliwie podróżowanie całą rodziną z dziećmi nastawiało przychylnie wszystkich napotkanych na drodze ludzi. Nie ukrywam, że Australijska rejestracja na pewno pomagała we wbudzaniu zainteresowania. Drogi w Rosji okazały się w o wiele lepszym stanie niż je zapamiętałem sprzed 20. Lat, gdy jeździłem po nich jako kierowca ciężarówki. Są one de facto tak dobre, że dojechanie do Władywostoku jest możliwe każdym sprawnym samochodem osobowym. Mongolia wymagałaby jednak wiecej cierpliwości no i kunsztu off-roadowego by „przeciągnąć” samochód osobowy przez „ekstrem”, który napotyka się tam na drodze (bezdrożach). Bardzo miłą niespodzianką okazał się Uzbekistan. Mocno zbiurokratyzowany lecz oferujący niezapomniane przeżycia. Góry Kirgistanu najlepiej zwiedzać późnym latem gdy wysokie szczyty i przełęcze uwalniane są spod pokrywy śniegu.
 

Bardzo dziękuję mojej żonie Asi, która jest prawdziwym bohaterem tej wyprawy. W roli super-niani i stewardesy miała ona na swych barkach wielki ciężar (także psychiczny) „obsługi” naszych małych, ale jakże wymagających pasażerów.
 

Podziękowania również dla naszych sponsorów i wszystkich tych, którzy wspierali nasze przedsiewzięcie, firm: ARB, Kaymar, Motul, Toyota Yarra Valley, Toyota Żetusu, Toyota Knedler, www.LandCruiser.ru, Old Man Emu, dba i Off Club Czernogołowka.
 

O wyprawie wspaniałej rodzinki można będzie przeczytać więcej na stronie www.GlobalOffroadTouring.com/?lang=pl.

 

W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie, w ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Jeśli nie wyrażają Państwo zgody, uprzejmie prosimy o dokonanie stosownych zmian w ustawieniach przeglądarki internetowej. Więcej w Polityce Prywatności